środa, 4 lipca 2012

Joanna Chmielewska „Zbieg okoliczności”

Fani Joanny Chmielewskiej wiedzą, że pisze ona różnie. Niektórzy twierdzą nawet, że nierówno i dzielą jej twórczość na „starą” i „nową” Chmielewską, przy czym sporo czytelników bardziej ceni sobie wcześniejszą twórczość pani Joanny. I ja z grubsza to zdanie podzielam. Jak wynika z moich obliczeń, do tej pory przeczytałam jedynie 27 z około 65 jej książek, więc znawcą się mienić nie mogę, ale swoje odczucia mam. Autorka bardzo często główną bohaterką powieści czyni niejaką Joannę Chmielewską - obdarza ją swoimi cechami, stanem cywilnym, ilością dzieci, zamiłowaniami oraz zawodem. Z czasem postać ta występuje w coraz starszym wydaniu, jest więc coraz mniej ruchliwa, odważna, zadziorna i dociekliwa. Wydaje mi się nawet, że bywa jakaś taka rozmemłana w swym - dotąd uroczym - roztrzepaniu. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że owa Joanna rzadziej bierze bezpośredni udział w szalonych aferach - więcej siedzi w domu i rozmyśla oraz rozmawia ze znajomymi nad kolejnym piwkiem. Nie to, żebym narzekała, bo czytać to się da, ale już z nieco mniejszą przyjemnością.
Trzeba jednak przyznać, że Chmielewska jest fenomenem. Po pierwsze, odkryła i niepodzielnie zajęła pewną niszę w polskiej literaturze. Stworzyła swój własny, niepowtarzalny i oryginalny nie tylko styl narracji, ale i w zasadzie cały gatunek literacki. Odtąd każdy, kto będzie próbował napisać kryminał komediowy, choćby na rzęsach stanął, będzie porównywany do Chmielewskiej, a jakość jego dzieła będzie weryfikowana na podstawie norm przez nią ustalonych. Jest też Chmielewska nad wyraz płodna: średnio wydaje jakieś 1,5 książki rocznie i to już od 48 lat, a ma na swym koncie także słuchowiska radiowe. Według szacunków chmielewskich ekspertów, stworzyła paręset nietuzinkowych postaci i uśmierciła około dwustu osób. Stworzyła też kilkadziesiąt związków frazeologicznych, maksym i powiedzonek.
Dodam też, że powieści Chmielewskiej dobrze się czyta po lekturze jej autobiografii; widać wówczas jak wiele zdarzeń i postaci z jej prywatnego życia ją inspiruje i jak potrafi je twórczo wykorzystać.

„Zbieg okoliczności” to Chmielewska w swej typowej odsłonie i formie. Nie jest to może takie cudo jak „Lesio” czy „Lądowanie w Garwolinie”, ale jest to przedstawiciel wielu typowych cech i wątków występujących w twórczości Joanny Chmielewskiej. Zawiła, szalona i absurdalna fabuła? Jest. Bohaterka Joanna Chmielewska (zawód architekt)? Obecna (nawet podwójnie). Zdania wielokrotnie złożone i kwiecisty język tryskający wyolbrzymieniami? Jak zwykle występuje. Zabawne sytuacje, dialogi i nieporozumienia - także. Mamy też: Danię, Alicję, wyścigi konne, dwa trupy, szuję o nazwisku Dominik, ukochanego Janusza - byłego policjanta i parę innych motywów, które od czasu do czasu przewijają się w powieściach Chmielewskiej. Co do funkcjonariuszy policji, to w „Zbiegu okoliczności” jest ich od cholery: doliczyłam się dwóch podporuczników, dwóch kapitanów, trzech sierżantów, jednego porucznika i majora. I to z tych częściej występujących, bo mamy tam też kilku pobocznych pracowników policji. Czasem panowie wymieniani są tylko ze stopnia, czasem tylko z nazwiska i w połowie już całkiem mi się poplątały szarże, nazwiska, wydziały i kto jest kto.
Jest też w „Zbiegu okoliczności” typowy schemat intrygi kryminalnej, który u Chmielewskiej polega na szukaniu wiatru w polu. Autorka raczej nie daje czytelnikowi pola do popisu np. poprzez przedstawienie na początku grupki podejrzanych, z których każdy miał motyw i sposobność, a fabuła pozwala ich po kolei eliminować. Czytelnik u Chmielewskiej w zasadzie nie ma jak zgadywać i dedukować, bo sprawcą jest ktoś z zewnątrz, nieznany i często jego motywy oraz działania są nie do przewidzenia. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Tak więc czytając jej powieści nawet nie staram się zapamiętać, kto tam komu zajechał drogę i jakim samochodem i czy facet w białej kurtce to ten z krzaczastymi brwiami czy mały i pękaty. Bardziej niż intryga kryminalna, chronologia i logika ciągu zdarzeń wciągają mnie pojedyncze akcje, dialogi, postaci, które są tak barwne, zabawne i liczne, że w połowie książki i tak wszystko mi się miesza. W rezultacie niewiele jest książek Chmielewskiej, których fabułę pamiętam w miarę szczegółowo dłużej niż kilka dni po skończeniu lektury. Wcale mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mogę czytać jej powieści wielokrotnie i za każdym mam wrażenie, że czytam po raz pierwszy. I tak samo głośno rechoczę.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Bez przykładania szklanki...


Sąsiedzi z dołu mają sporo dzieci. Do tej pory dokładnie nie wiem czy pięcioro, sześcioro czy siedmioro, bo nigdy nie widziałam wszystkich naraz, są bardzo do siebie podobne i- wypuszczone z domu- szybko się rozpierzchają po okolicy. Mimo ponadprzeciętnej ilości dziatwy, jest tam na dole wyjątkowo cicho i mogłabym przypuszczać, że towarzystwo jest wzorowo grzeczne i spokojne, gdyby nie dialog, który regularnie wydobywa się spod mojej podłogi:
- Karolina!... Karolina!!!...
- KAAROOLIINAA!!!! 
- No co???!!!
- Cicho bądź!!!
- TO NIE JA!!!!
- A kto???!!! 
- Wiktoria!!!
- KTO???!!! 
- WIKTORIA!!!!
- Wiktoria!... Wiktoria!!!...
- WIIKTOORIAA!!!! 
- Co???!!! 
- CICHO BĄDŹ!!!!

Louisa May Alcott „Małe kobietki” (ilustracje Jame's Prunier, komentarze Adrien Lherm)

Dawno, dawno temu, gdy byłam mocno niepełnoletnim dziewczęciem, mój dziadek miał zwyczaj, przy okazji spacerów ze mną, ni stąd ni zowąd wstępować do księgarni i prosić sprzedawcę żeby znalazł jakąś książkę „dla tej młodej damy”. Sprzedawcy z reguły rzucali mi krótkie spojrzenie, o nic nie pytali, szli w regały i wracali z jedną książką. Nie z kilkoma do wyboru, które mi prezentowano w oczekiwaniu, że wybiorę sobie coś pod mój gust. Wracali z jedną książką, wręczali ją dziadkowi, dziadek płacił i wręczał mi. Trochę mnie dziwiło, że przy zakupie tych lektur, nikogo nie interesowało moje zdanie, ale przynajmniej teraz patrząc na moją kolekcję książek „dziadkowych” widzę przekrój gustów literackich księgarzy. Albo ich wyobrażeń na temat gustu dziewczynek. Żaden nie trafił w sedno, szczerze mówiąc. Były to głównie książki o dorastających pannach z dobrego domu żyjących dużo wcześniej niż ja. Zdarzały się też, zbyt poważne wtedy dla mnie, powieści obyczajowe o nastoletniej młodzieży i zupełnie „niedziewczyńska” fantastyka. Czemuż ach, czemuż nikt wówczas nie wpadł na „Porwanie Baltazara Gąbki” czy „Niesamowity dwór”? Sama musiałam sobie wygrzebać te pożółkłe i brudnawe pozycje z imponującej biblioteczki w domu dziadków (sądząc po roku wydania, kupowali je dla mojej 12-letniej wówczas mamy).
Tymczasem moje „dziadkowe” książki okazywały się co do jednej nietrafione... przy pierwszym podejściu. Przy drugim, zwykle jakiś rok czy dwa lata później, odkrywałam ich nową jakość i nawet jeśli nie były szalenie porywające, czytało się je dobrze i doceniałem ich różnorodność. Tak też było z „Małymi kobietkami”.

Czytanie powieści dla młodzieży, w której rzeczona młodzież nie tylko nie używa wulgaryzmów, ale w ogóle posługuje się poprawnie formułowanymi, pełnymi zdaniami i ładnym słownictwem, a także za największy grzech młodości uważa umalowanie ust, było dla mnie doświadczeniem ciekawym i nawet oczyszczającym. Wiem, że świat przedstawiony w „Małych kobietkach” może uchodzić za nazbyt wyidealizowany i naiwny (chyba nawet dla współczesnych mu czytelników), ale co tam! Taki właśnie miał być! Louisa M. Alcott chciała stworzyć świat w pewnym sensie idealny, ku pokrzepieniu i pouczeniu młodych duszyczek. Czasem uśmiechałam się pod nieistniejącym wąsem, kiedy bohaterki składały samokrytykę zupełnie serio zarzucając sobie egoizm (np. z powodu zaoszczędzonego na drobne przyjemności dolara czy niedostatecznego zapału do pracy) i świadome swych słabości, uroczyście przyrzekały jeszcze pilniejsze dążenie do skorygowania ułomnego charakteru. Kiwałam też głową nad, brzmiącymi jak złote myśl z księgi cytatów, wypowiedziami matki pointującymi dany rozdział. No cóż, literatura z morałem rządzi się swoimi prawami, a w końcu trzeba „Małym kobietkom” przyznać, że swego czasu cieszyły się ogromną popularnością wśród dorastających dziewcząt.
Powieść została napisana w 1868 roku, niedługo po wojnie secesyjnej i panuje w niej staromodny, dobroduszny klimat przeciwstawiony wojnie w tle i walce bohaterek o byt. Śledzimy życie codzienne rodziny pozbawionej chwilowo ojca (służącego na froncie) i borykającej się z różnymi problemami (głównie natury finansowej). Rodzina składa się z mądrej, zaradnej, serdecznej matki i czterech córek, z których każda prezentuje inna postawę i typ osobowości oraz przechodzi pewien etap i przemianę w swym nastoletnim życiu, a my towarzyszymy im w mniej lub bardziej niecodziennych wydarzeniach.
Z początku mnie nie wciągnęło, ale za drugim razem wsiąkłam chętnie i z przyjemnością w ten staroświecki świat, wypełniony skromnymi sukienkami z popeliny lub muślinu, kwiatami w wazonie, robótkami ręcznymi wieczorową porą przy kominku, balami, konwenansami, służącymi i przygrywaniem na fortepianie do wspólnego poobiedniego śpiewania. Choć przyznaję, czytałam trochę na raty, z tygodniowymi przerwami czasem.
Lektura, prócz właściwości umoralniających, miała dla mnie niewątpliwie zalety poznawcze. Obserwujemy w powieści obyczaje i społeczeństwo amerykańskie sprzed 150 lat i dowiadujemy się mnóstwa rzeczy. Głównie dzięki bardzo ciekawemu wydaniu (Świat Książki) zaopatrzonemu w liczne komentarze, ciekawostki i wyjaśnienia dla współczesnych czytelników w postaci starych rycin, zdjęć, fragmentów gazet itp. Dzięki tym zapiskom na marginesie dowiadywałam się jakie były wówczas trendy w modzie, reklamy, zdobycze techniki, jakie desery jadano, jak wyglądał typowy wystrój wnętrz domów itd. Zamieszczane były tam też wiadomości historyczne i krótkie noty biograficzne. Właściwie te poboczne notatki stanowią drugą lekturę i sprawiają, że powieść czyta się dłużej i z większą uwagą, czując bardziej namacalnie atmosferę tamtych czasów. „Małe kobietki” to powieść napisana językiem sprawnym i przyjemnym w odbiorze a także - mimo moralizatorstwa - zabawnym. Właściwie, im byłam starsza tym lżej mi się książkę czytało.

A GDY GŁĘBIEJ POGRZEBAĆ...
W niektórych powieściach można dopatrzyć się drugiego dna czyli elementów autobiograficznych i w przypadku „Małych kobietek” niewątpliwie mamy z nimi do czynienia. Po pierwsze, siostry March to alter ego autorki i jej trzech sióstr. Najstarsza siostra Anna Bronson została opisana jako Meg, trzecia z kolei Elizabeth Sewall to książkowa Beth, najmłodsza Abigail May (nazywana May) to Amy, zaś odzwierciedleniem samej Louisy May jest Jo. Kolejnym podobieństwem jest fakt, że rodzina Alcottów w rzeczywistości także borykała się z problemami finansowymi i panny Alcott musiały pracować na utrzymanie domu.
„Małe kobietki” spełniają wobec swej autorki rolę terapeutyczną przedstawiając rodzinę Alcottów podobną, ale jednak lepszą, z pewnymi kosmetycznymi poprawkami - taką jaką Louisa May wolałaby mieć. Autorka dodała „swojej” bohaterce kilka cech i zdarzeń w życiu, które w rzeczywistości nie zaistniały, nad czym zresztą ubolewała. W rzeczywistości też matka autorki była tak zapracowaną i obciążoną odpowiedzialnością za rodzinę kobietą, że nie miała już czasu ani siły na anielską cierpliwość i codzienne długie rozmowy z córkami wieczorami przy kominku.
Co do ojca autorki - z niego to był niezły oryginał! Amos Bronson Alcott był wiecznie bujającym w obłokach ekscentrykiem (i egocentrykiem), który nie poczuwał się do zapewnienia rodzinie materialnego bytu. Ograniczał się do tłamszenia charakterów córek (głównie niepokornej Louisy) i metodach wychowawczych opartych na manipulacji. Był powieściopisarzem, poetą, pedagogiem, wegetarianinem i utopistą, który pokusił się nawet o stworzenie własnego raju na ziemi. Założył on w 1843 roku wioskę o uroczej (i jakże oryginalnej) nazwie Fruitlands, która miała dać świadectwo zepsutemu światu swoją samowystarczalnością i funkcjonowaniem w zgodzie ze szlachetnymi zasadami. Społeczność tej rajskiej krainy liczyła sobie w porywach 14 osób i nie żywiła się żadnymi produktami pochodzenia zwierzęcego, nie stosowała używek, sztucznie podgrzanej wody ani światła. W praktyce oznaczało to picie wyłącznie wody (herbata i kawa to używki, zresztą i tak nie wolno było zagotować wody do ich przyrządzenia), jedzenie głównie owoców i wybranych warzyw (marchew, buraki i ziemniaki były zakazane jako nieczyste, bo rosnące w ziemi i dążące ku dołowi). Ubranie i obuwie mogło być jedynie płócienne (wszak wełna pochodziła od zwierzęcia, a bawełna była pozyskiwana niewolniczą pracą). Mieszkańcy Fruitlands nie mieli majątku osobistego i nie mogli handlować ani korzystać z pracy najemnej lub wykonywanej przez zwierzęta. Ostatecznie projekt upadł po siedmiu miesiącach, gdyż życie w zgodzie z zasadami pana Alcotta okazało się w praktyce niewykonalne, zwłaszcza zimą.
Ojciec autorki był więc w jej rodzinnym domu kimś albo nieobecnym (przynajmniej duchem) albo wręcz uciążliwym, toteż Louisa w „Małych kobietkach” umieściła go poza akcją powieści. Ojciec panien March jest gdzieś daleko na froncie - walczy o swoje ideały, nie uczestniczy w codziennym życiu rodziny i nie mąci w skromnym, ale bezpiecznym świecie małych kobietek i ich matki. To matka jest w powieści filarem i oparciem dla dzieci, to ona tworzy dom i go utrzymuje.
Jest w „Małych kobietkach” też pewien bardzo osobisty wątek dotyczący romantycznego uczucia Louisy do pewnego młodego Polaka. Władysław Wiśniewski (Laddie), uwieczniony został w książce jako Laurie, w którym podkochiwały się wszystkie czytelniczki (tak, ja też!). Otóż wiosną 1865 roku Louisa, pracując jako opiekunka chorowitej Amerykanki, znalazła się w szwajcarskim uzdrowisku. Tam poznała 21-letniego młodzieńca, uczestnika powstania styczniowego, który zauroczył Louisę swoją wrażliwością, talentami artystycznymi, inteligencją no i pewnie urodą. Ku radości Louisy - z wzajemnością. Tyle, że, jak łatwo obliczyć, ona była od niego o 12 lat starsza, co dla panny Alcott stanowiło barierę nie do przeskoczenia. Nie mówiąc już o innych, mniej lub bardziej istotnych, różnicach. Louisa niewątpliwie odżyła i dowartościowała się przez tę znajomość, choć miała ona charakter wyłącznie platoniczny. Długie spacery, rozmowy, wieczory przy fortepianie - to wszystko co łączyło „kochanków”. Panna Alcott pilnowała by nie przekroczyć pewnych granic, a rok później, gdy spędziła z „Laddiem” w Paryżu dwa tygodnie, wyraźnie, choć ze łzami w oczach, zażyczyła sobie by było to ich ostatnie spotkanie. W tym czasie w Paryżu studiowała malarstwo najmłodsza siostra autorki „Małych kobietek” i w głowie Louisy zrodził się plan by zeswatać tych dwoje (cóż, w końcu May była od „Laddiego” tylko 4 lata starsza...). Niestety, chemii nie było i plan spalił na panewce. Jak na ironię, 12 lat później May w wieku 38. lat poślubiła aż o 15 lat młodszego Szwajcara (no i co, Louiso, trzeba było się tak przejmować co ludzie powiedzą?). Louisa jednak dopięła swego w powieści, gdzie Laurie, mimo pokrewieństwa dusz z Jo, żeni się z najmłodszą Amy. O tym, że „związek” z młodym Polakiem był czymś istotnym dla Louisy świadczyć może fakt, iż przed śmiercią usunęła ze swoich pamiętników ten wątek swojego życia.
Louisa May Alcott była wegetarianką, feministką, abolicjonistką. Choć nie miała męża ani dzieci, wychowywała, po śmierci May w 1879, siostrzenicę Lulu (małą Louisę May). Miewała też chwile słabości i zwątpienia. W wieku 25 lat rozważała ponoć samobójstwo. gdy nie mogł znaleźć pracy, krótko potem zmarła jej siostra Elizabeth, a następnie Anna wyszła za mąż, opuszczając dom rodzinny. Louisa całe życie rywalizowała z ojcem, którego uważała w pewnym sensie za swego ciemiężcę, niepozwalającego jej być sobą i tłamszącego jej charakter. W odwecie przejęła „męskie” obowiązki w domu i utrzymywała rodzinę Alcottów z pisania, pokazując ojcu kto tu naprawdę nosi spodnie. Przez ostatnie lata życia borykała się z problemami zdrowotnymi i zmarła prawdopodobnie na toczeń, dwa dni po Amosie Bronsonie.

niedziela, 17 czerwca 2012

Boris Akunin „Pelagia i czarny mnich”, "Pelagia i czerwony kogut"

Jak już wspomniałam, Pelagia i jej buldogi rozpaliła moje żądze do krótkiej, lecz jakże klimatycznej serii pt. kryminał prowincjonalny. Kłusem poleciałam po dwa kolejne, a zarazem ostatnie tomy o przygodach nietypowej mniszki i z przyjemnością przeniosłam się 100 lat z okładem wstecz na rosyjską prowincję.

„Pelagia i czarny mnich” zaczyna się od sceny kończącej poprzedni tom, tak więc mniszka płynnie wpada z jednej afery w drugą. Co prawda jej zwierzchnik wzbrania się jak może przed wysłaniem Pelagii na kolejną misję, którą obarcza najpierw trzech zaufanych, cnotami obdarzonych mężczyzn: prześmiewcę, śmiałka i mądralę. Ale panowie polegną w boju, więc Pelagia i tak będzie musiała zakasać habit i po nich posprzątać. Wiadomo: gdzie diabeł nie może...
Narracja jest oczywiście niespieszna i leniwa, więc można się pławić w historii i delektować nią do woli. Nie powiem, żeby pierwsza część książki (ta bez Pelagii) mi się dłużyła, ale jednak z utęsknieniem czekałam na wkroczenie do akcji głównej bohaterki. Ta w „czarnym mnichu” zdecydowanie częściej zmienia tożsamość niż w pierwszym tomie (występuje nawet jako młody chłopak), odważnie przeprowadza rozpoznanie terenu, brawurowo walczy z tajemniczym i niezidentyfikowanym wrogiem, ze dwa razy omal nie traci życia i w ogóle Bond się może przy niej schować z tymi swoimi śmiesznymi gadżetami. Sprytnej mniszce towarzyszy galeria postaci nader oryginalnych, barwnych i niejednoznacznych, z którymi czasem ciężko dojść do ładu (kto jest kto i czy aby na pewno zdrowy psychicznie). Bardzo obrazowo, plastycznie zarysowane tło akcji dodaje smaku i świetnie współtworzy klimat. Powieść tradycyjnie trzyma w napięciu do samego, nietuzinkowego końca. Dogrzebiemy się w niej nawet do małego akcentu polskiego, a jest nim pewna Marysia, o której w kółko mamrocze pod nosem pewien pacjent szpitala psychiatrycznego. O co chodzi? Sprawdźcie sami.

„Pelagii i czerwonemu kogutowi” zarzuca się zbytni mistycyzm oraz wielowątkowość i multum postaci, za którymi trudno nadążyć. Czy ja wiem? Owszem, powieść jest wyraźnie odmienna od dwóch poprzednich zarówno przez styl jak i poruszaną tematykę. Przede wszystkim narracja przyspiesza, a miejsca akcji są różnorodne i bardzo od siebie odległe. Co do ilości wątków i postaci to nie zgłaszam zastrzeżeń. Przestraszyły mnie trochę opinie czytelników mówiące, że przez nawał jednego i drugiego powieść robi się chaotyczna i trudna do ogarnięcia, do tego stopnia, że zasiadłam do lektury z długopisem i kajetem. Jednak artykuły papiernicze okazały się zbędne, jakoś nie zgubiłam się w gąszczu wydarzeń, a i bohaterowie mi się nie mylili. Wręcz przeciwnie, każdy z nich miał rolę w powieści, nie pojawiał się i nie znikał ot tak nagle bez sensu i powodu. W trzeciej części kryminału prowincjonalnego na prowadzenie wybija się postać Matwieja Berdyczowskiego i okazuje się być bohaterem równie ciekawym jak Pelagia, za którego równie mocno trzymałam kciuki. Zresztą to on, a nie Pelagia, rozwiązuje zagadkę - mniszka podąża w innym kierunku. Jeśli chodzi o dywagacje, refleksje i polemikę o charakterze religijnym, to... cóż. Jedni marudzą, że za dużo tego, że psuje to klimat powieści kryminalnej, że naciągane, bez sensu i odbiega od ich oczekiwań co do „kryminału prowincjonalnego”. Drudzy gromią tych pierwszych za to, że płytcy są, boją się polemiki religijnej i głębszej filozofii, a tak w ogóle to Akunin przecież wpisuje się tą książką w pewne tradycje literatury rosyjskiej (tu przywołują klasykę wśród klasyk - „Mistrza i Małgorzatę”). Hmmm... Po przemyśleniu sprawy, dochodzę do wniosku, że jedni i drudzy mają trochę racji. Ja też oczekiwałam klimatu jak w poprzednich dwóch książkach serii, bo mi się podobał taki jaki był i dla niego właśnie „Pelagię...” czytałam. Może rzeczywiście mistycyzm nie zawsze pasuje do klimatów kryminalnych. Zbytnio tu „miesza” i sprawia, że z „Czerwonego koguta” robi się ni pies ni wydra, bo czytelnik skacze od brawurowych, grozą zalatujących wątków kryminalnych do głębokich rozważań filozoficzno-religijnych i z powrotem. Z drugiej jednak strony, wątek mistyczny przedstawia ciekawy punkt widzenia i trochę do rozmyślań zmusza. Wnioski, do jakich te rozmyślania prowadzą nie są za wesołe, ale chyba prawdopodobne. Ludzie od 2000 lat nie zmienili się nic a nic i gdyby Jezus pojawił się wśród nich dziś, zostałby niechybnie potraktowany jaki za pierwszym razem. Ciekawe też ile na świecie jest osób, które byłyby gotowe zabić za swoje przekonania co ich Zbawiciel miał na myśli, czego chce, a co by potępił. A tymczasem może sam zainteresowany na ich widok tylko by się popukał w czoło i uciekł od swych wyznawców gdzie pieprz rośnie?
„Pelagia i czerwony kogut” różni się też od swoich poprzedniczek zdecydowanie bardziej mrocznym i brudnym klimatem, wspomaganym wydajnie przez liczne opisy wszelkich ludzkich podłości oraz wariantów zboczeń seksualnych (czasem tylko groteskowych a czasem makabrycznych). Szczególnie zasmucające było dla mnie poczucie, że coś (nie tylko seria) się kończy, że rozpada się pewien swojski, bezpieczny porządek nadwołżańskiego świata. Wraz z nim odchodzi i rozbija się grupka trójki przyjaciół (Mitrofaniusz, Pelagia, Berdyczowski) pokonana przez niegodziwości wielkiego świata.
Zupełnie niespodziewany był dla mnie (i jakby nie na miejscu?) wątek romansowy. Akunin zarzucił Pelagię aż trzema wielbicielami (!), a ona wybrała tego czwartego, który chyba nie ma zbytniej ochoty na jej towarzystwo.
Znów obecny jest wątek polski w powieści, ale niestety chlubny to on nie jest (prawdę mówiąc, ręce opadają). No nic, trudno.
Podsumowując: „Pelagia i czerwony kogut” jest inna, ale nie gorsza niż jej poprzedniczki. Zabrakło mi trochę klimatu z poprzednich części, ale polecam tę trylogię.

środa, 13 czerwca 2012

Roald Dahl „Czarownice”

Kiedy w wieku jedenastu lat czytałam „Matyldę” Roalda Dahla byłam nieźle zdezorientowana! No jakże to tak? Rodzice nie kochają rodzonej córki za to, że lubi czytać książki? I mogą własne dziecko oddać jak psa jakiejś obcej osobie? Na zawsze?! A dyrektorka szkoły może publicznie, bez obaw przed konsekwencjami, wywijać uczennicą w powietrzu trzymając ją za warkoczyk lub więzić w ciasnej szafie naszpikowanej gwoździami?! Co ten pan pisze? Przecież to nie jest książka dla dzieci! Maaamooo, on kłamie!
Wtedy jeszcze nie znałam specyfiki twórczości Roalda Dahla i nie wiedziałam, że w jego świecie próżno oczekiwać tego tradycyjnego ładu, zasad moralnych i obrazu świata jaki roztaczają zwykle rodzice przed dziećmi. Świat w książkach (bajkach?) Dahla jest dziwny, absurdalny i groźny. Głównymi bohaterami są dzieci, które muszą sobie w tym świecie radzić. Zwykle są one około 10-letnie, pochodzą z niepełnych rodzin lub są całkiem pozbawione ich wsparcia. Dorośli, natomiast, to stworzenia obojętne, a nieraz groźne i okrutne (poza nielicznymi wyjątkami). Można powiedzieć, że Dahl odebrał mi sporą część dziecięcej naiwności i niewinności i... strasznie mi się to podobało!
„Czarownice” są właśnie typowym przykładem charakterystycznego dahlowego pisarstwa. Jest to lektura dla dzieci, które lubią się bać. A że wszystkie dzieci uwielbiają się bać, jest to niewątpliwie coś dla nich. Dla dorosłych też, czemu nie. Odnajdziemy tu klimat tajemniczości, nawet grozy oraz ekscentrycznych bohaterów. Wszystko to przyprawione drastycznymi scenami (tzn. dla mnie były drastyczne, ale współczesnych 10-latków mogą nie satysfakcjonować) i niepokojącymi aluzjami. Autor trzyma młodocianych czytelników niezmiennie w napięciu, intryguje i zaskakuje swoją demoniczną pomysłowością. Na koniec serwuje nam, równie szokujący jak cała powieść, happy end i zostawia nas z dylematem: „To dobrze czy źle? Cieszyć się czy nie? Niby fajnie, ale przecież...”.
Książki dla dzieci ewoluują, a autorzy coraz częściej za punkt honoru stawiają sobie jak najdalsze odejście od konwencji baśni, w której jest dobro, zło i morał, za to stawiają na tematy „niedziecięce”. Mam wrażenie, że głównie chodzi im o zaintrygowanie czy zszokowanie rodziców, a może nawet pewien szantaż emocjonalny (Jak to? Nie kupisz dziecku „Małej książki o kupie/ śmierci/ miesiączce”? Nowocześni rodzice na zachodzie kupują. Chcesz go na głupka wychować? A może sam się wstydzisz o tym rozmawiać?). Ja nie wiem, czy wszystkie z tych nowatorskich lektur dziecięcych są istotnie wartościowe (i czy czterolatek musi koniecznie wiedzieć, że jak ukochana babcia umarła to zgnije pod ziemią i zjedzą ją robaki). A czytając Dahla widzę i czuje, że on pisze naprawdę dla dzieci i wyłącznie z myślą o nich.